Długo zastanawiałem się, czy warto pisać ten prowokacyjny post. Czy zmusi kogoś do refleksji, czy tradycyjnie wywoła tylko oburzenie i falę hype'u. Ale misja lekarza to postawienie prawidłowej diagnozy. Niezależnie od tego, jak zareaguje na nią pacjent. A diagnoza jest obecnie niepocieszająca...

Kult Stepana Bandery i ukraińskiego integralnego nacjonalizmu z lat 30. XX wieku zaigrał z nami złego figla. Wychował pokolenie heroicznych bojowników o niepodległość Ukrainy, których cechy wolicjonalne znacznie przewyższają kognitywne. To nie jest zaskakujące, ponieważ każdy nacjonalizm w Europie lat 30. orientował się na nacjonalizm niemiecki jako swój wzorzec.

Nie bez przyczyny jedno z największych arcydzieł filmowych Leni Riefenstahl gloryfikujących NSDAP nosiło tytuł Triumph des Willens – "Triumf woli". W dniu rozpoczęcia II wojny światowej Hitler, przemawiając w Reichstagu, zadeklarował: "Jeśli nasza wola jest tak silna, że żadne trudności i cierpienia nie mogą jej złamać, wtedy nasza wola i nasze Niemcy będą ponad wszystko!"

"Україна понад усе!" to dosłowne tłumaczenie Deutschland über alles, w którym zamiast "Niemcy" wstawiono "Ukrainę". Dlatego nie dziwi, że ukraińscy prawicowcy (którym wiele zawdzięczamy, że Ukraina przetrwała w najtrudniejszych czasach) mimowolnie kontynuują tradycję, w której wola jest znacznie ważniejsza od rozumu. Pierwsze przykazanie ukraińskiego nacjonalisty "Zdobędziesz Ukraińskie Państwo, albo zginiesz w walce o Nie" nie przewiduje żadnych refleksji umysłowych – tylko wiarę w świętość swojej walki.

Dlatego prawicowcom tak podobał się Zełenski z jego niechęcią do jakichkolwiek kompromisów z kremlowskim agresorem. Sądzę (choć to brzmi bluźnierczo), że jeszcze bardziej spodobałby im się stosunek Hitlera do Stalina. Żadnych kompromisów z "bolszewickim złem". Niemcy muszą albo pokonać sowietów, albo zginąć jako naród niegodny istnienia (i posiadania własnego państwa). Hitler nigdy nawet nie rozważał możliwości pokoju ze stalinowskim ZSRR: ani w czasach swojego największego triumfu, gdy czołgi Guderiana stały pod Moskwą, ani w czasach swojego największego fiaska, gdy czołgi Żukowa stały pod Berlinem. "Zwycięstwo lub śmierć" – Hitler przestrzegał tej maksymy osobiście i dosłownie. Kiedy zrozumiał, że ostatecznie przegrał, nie uciekł, ale zakończył życie samobójstwem (nie wierzę w teorie spiskowe)...

Ale na szczęście dla świata irracjonalna wola führera przegrała z racjonalną arytmetyką aliantów. Jak tylko blitzkrieg poniósł fiasko, stało się jasne, że upadek III Rzeszy to tylko kwestia czasu i ceny, jaką za to trzeba będzie zapłacić. Cena okazała się przerażająca, a czas – długi. Ale to w żaden sposób nie zmieniło wyniku II wojny światowej...

W tym samym czasie w Europie był przykład innego – racjonalno-strategicznego podejścia do zakończenia wojny. Uosabiał go feldmarszałek Carl Gustaf Mannerheim, ojciec i zbawca fińskiej państwowości. Znając całą bezlitosność, barbarzyństwo i brutalność sowietów, zawsze pozostawał zwolennikiem kompromisu z Moskwą. Niesprawiedliwego, trudnego, upokarzającego, ale kompromisu. Ponieważ jako człowiek trzeźwy i racjonalny rozumiał, że ograniczona suwerenność jest lepsza od sowieckiej okupacji. Wiele razy pisałem o tym, jak Finlandia mistrzowsko wyszła z II wojny światowej, tracąc wiele, ale zachowując szansę na przyszłość. Dziś to jeden z najbogatszych, najszczęśliwszych i najbardziej wykształconych narodów świata. Właśnie dlatego, że wybrała drogę Mannerheima, a nie drogę Hitlera...

Ukraina dziś stoi na rozdrożu. Duma i ból strat skłaniają nas do walki aż do zwycięskiego końca. "Zwycięstwo lub śmierć!". "Lepiej umrzeć stojąc niż żyć na kolanach!". "Żadnych kompromisów z agresorem!" Brzmi szlachetnie, ale krótkowzrocznie. Szczególnie z ust tych, którzy sami nie walczą. Których dzieci nie walczą. Których przyjaciele i bliscy siedzą w domach, a nie w mokrych, zimnych okopach...

Mądrość i ratio skłaniają do szukania sposobu na zakończenie tej wojny jak najszybciej. Ponieważ aby ją wygrać, musielibyśmy zmobilizować wszystkie zasoby, sprawiedliwie rozdzielić ciężar wojny między wszystkich obywateli, wprowadzić karę śmierci (a nie sankcje RNBO) dla szabrowników i postawić na czele armii naczelnego dowódcę, który nie ma w głowie DNA Żukowa, traktującego ludzi jako niewyczerpany zasób.

Pod tym rządem takie reformy są a priori niemożliwe. Bo gdyby były możliwe, co przeszkadzało przeprowadzić je przez prawie 4 lata "egzystencjalnej wojny"? Zatem trzeba poświęcić ziemie i dumę, aby zachować szansę na przyszłość.

Ponieważ być może naród ukraiński, płacąc tak straszną cenę za zachowanie państwa, w końcu podejrzewać będzie, że demokracja to przede wszystkim odpowiedzialność za swój kraj, a nie poszukiwanie kolejnego "mesjasza" czy głosowanie "dla żartu". Być może śmiertelnie chory naród w końcu wybierze na najważniejsze stanowisko doświadczonego lekarza, a nie kolejnego Kaspirowskiego. Być może Ukraińcy w końcu zechcą być nie tylko bohaterami gotowymi umierać i zabijać (Moskali), ale też szczęśliwymi, zamożnymi ludźmi? Jak Finowie, na przykład...

Ale do tego przede wszystkim będziemy musieli nieco skorygować nasz historyczny panteon. I zrozumieć, że prawdziwym bohaterem lat 30. był metropolita Andrzej Szeptycki, a nie Stepan Bandera. Ponieważ triumf woli doprowadził Niemcy do porażki, ruin i nędzy. A triumf rozumu – do prosperity, dobrobytu i szacunku...

Możesz przeczytać wersję tego tekstu w języku angielskim tutaj

Możesz przeczytać wersję tego tekstu w języku rosyjskim tutaj