Geopolityczny analityk Peter Zeihan, znany z trafnych prognoz demograficznych i bezlitosnych ocen światowych przywódców, udzielił obszernego wywiadu podcastowi Superpowers w przeddzień czwartej rocznicy pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Zeihan wyjaśnił, dlaczego Rosja będzie walczyć do ostatniego poborowego, nazwał specjalnego wysłannika Trumpa ignorantem karmionym propagandą łyżeczką i opisał scenariusz, w którym przychody eksportowe Kremla mogą runąć w ciągu kilku miesięcy. W trakcie nagrania napłynęła pilna wiadomość: Sąd Najwyższy USA uchylił globalne cła Trumpa — a Zeihan na żywo wyjaśnił, dlaczego to nic nie zmienia.

James Hippie — były minister sił zbrojnych Wielkiej Brytanii, prowadzący podcast Superpowers na kanale The Trump Report. Peter Zeihan — amerykański analityk geopolityczny i autor kilku książek o globalnej geopolityce, specjalizujący się w demografii, energetyce i handlu.

Wojna na Ukrainie: jeszcze pięć–sześć lat?

James Hippie: Do czwartej rocznicy obecnej fazy wojny na Ukrainie pozostało kilka dni. Spójrzmy rok do przodu: na piątą rocznicę będziemy omawiać wojnę trwającą — czy już zakończoną? A jeśli dobiegnie końca — jak będzie wyglądał świat?

Peter Zeihan: Zacznę od zastrzeżenia: wszyscy — łącznie ze mną — którzy przewidywali nieuchronność tej wojny, formułowali prognozy przed jej wybuchem i wszyscy się myliliśmy. Potem korygowaliśmy oceny dwa, trzy razy — i znów się myliliśmy. Mamy do czynienia ze zmieniającym się środowiskiem geopolitycznym: zmienia się Europa, zmieniają się Stany Zjednoczone. Jednocześnie dokonuje się technologiczna rewolucja w samym rozumieniu wojny. Pamiętajcie o tym.

Mimo to — tak, za rok będziemy mniej więcej w tej samej sytuacji. Główne procesy, które teraz obserwujemy, to wycofywanie się Ameryki z systemu, a więc ciężar finansowy i militarny spada na Europejczyków. Ale tak było praktycznie przez cały 2025 rok. Gdyby Amerykanie po prostu powiedzieli: nie jesteśmy w grze — żyjemy w tej rzeczywistości już od dziesięciu miesięcy. Nie sądzę, by to istotnie zmieniało układ sił.

Co innego — skala innowacji wojskowych jest po prostu kolosalna. Dosłownie w ostatnich dniach Rosjanie stracili łączność wzdłuż całej linii frontu, co pozwoliło Ukraińcom przejść do ofensywy. Środowisko jest bardzo dynamiczne, a przy każdej zmianie Ukraińcy zazwyczaj wychodzą na tym lepiej. Po prostu brakuje im ludzi, by to wykorzystać. Mamy więc front dynamiczny, a zarazem statyczny.

James Hippie: Mnie też nie wydaje się, by pokój był bliski. Po prostu nie widzę, by Rosjanie zaproponowali na negocjacjach warunki choć odlegle możliwe do przyjęcia dla Ukraińców — i odwrotnie. Ale pytanie: przy całej szybkości, z jaką Ukraińcy przyswajają możliwości technologiczne — czy przewaga liczebna Rosji nie oznacza, że bez względu na starania Ukrainy Rosjanie i tak będą wywierać stałą presję?

Peter Zeihan: Dla Rosjan jest to konflikt egzystencjalny dokładnie w tym samym stopniu co dla Ukraińców — tyle że z nieco dłuższym horyzontem. Na Rosję najeżdżano dziesiątki razy w jej historii, a korytarz najbardziej prawdopodobnego wtargnięcia prowadzi przez Morze Bałtyckie lub Nizinę Środkowoeuropejską — czyli dokładnie przez Ukrainę. Z punktu widzenia Rosji, w świecie postsowieckim konieczne jest odzyskanie jakiejś wersji tej zachodniej peryferii, jaką mieli za Stalina, Breżniewa i pozostałych. O to zawsze chodziło. I zawsze będzie chodziło.

Dlatego z rosyjskiego punktu widzenia każdy realny pokój oznacza teraz, że zapłacili cenę wielkiej wojny, nie uzyskując nic w zamian. To zawsze miało się wydarzyć. Zawsze miało się wydarzyć mniej więcej teraz. I zawsze miało to być ostatnie wielkie starcie, jakie Rosja toczy. Będą parli naprzód, dopóki nie skończą się ludzie. Sądząc po rosyjskich wskaźnikach dzietności — to jeszcze pięć–sześć lat.

Ekonomia wojny i flota-widmo

James Hippie: To imponujące. Ale czy nie niepokoi pana, że ich zasoby finansowe wyczerpią się wcześniej? W ostatnich odcinkach słyszeliśmy dość odważne prognozy o kruchości rosyjskiej gospodarki i o tym, że Putin ma około roku, by zwyciężyć lub zakończyć wojnę. Zawsze jestem sceptyczny wobec takich prognoz — brzmią zbyt optymistycznie.

Peter Zeihan: Wymagałoby to dość gwałtownego przesunięcia zarówno w wewnętrznym, jak i zewnętrznym środowisku Rosji. Nie chcę wykluczać takiego scenariusza, ponieważ znaczna część sprzętu dociera teraz bezpośrednio z Chin. Prowadzimy konflikt, w którym 80% strat zadają drony, a Rosjanie w ogóle nie są w stanie produkować własnych bezzałogowców. Jeśli ich przychody eksportowe spadną do zera, będą musieli polegać wyłącznie na zasobach wewnętrznych do pozyskania waluty na opłacenie Chin za produkcję dronów. I to może wywołać wystarczające wewnętrzne niezadowolenie, by system runął.

Dla Rosjan — powtarzam — jest to sytuacja egzystencjalna. Myśl, że naród musi cierpieć dla przetrwania państwa, nie jest przesadą dla rządu Putina.

James Hippie: Czy istnieje scenariusz — odłóżmy na chwilę kwestię woli politycznej Trumpa, choć to niemało — w którym Stany Zjednoczone dysponują wystarczającymi dźwigniami, by zakończyć wojnę?

Peter Zeihan: Bezpośrednio — nie. Ale oto co obserwujemy: administracja Trumpa w ostatnich dniach, w ramach operacji przeciwko wenezuelskiej flocie-widmo, przejęła już osiem statków. Wygląda na to, że inne kraje też się angażują. Francuzi zatrzymali jeden statek, choć potem go zwolnili. Hindusi przejęli trzy — to prawdziwy szok.

Jeśli flota-widmo zostanie zdemontowana — a przy udziale Europejczyków zajęłoby to dwa-trzy miesiące — Rosjanie stracą trzy czwarte przychodów eksportowych w bardzo krótkim czasie. Wtedy mówimy o zupełnie innej rzeczywistości ekonomicznej. By kontynuować wojnę, Rosja musiałaby przekierowywać środki z innych źródeł, a to generuje ogromne napięcia wewnętrzne. Ale dopóki flota-widmo żegluje, do Moskwy wpływa dość pieniędzy, by toczyć wojnę w obecnym tempie jeszcze długo.

James Hippie: Czyli chodzi nie o dostawy wojskowe dla Ukrainy ani o żmudne wysiłki dyplomatyczne, lecz o ekonomiczny nacisk na Rosję — przez sankcje i uderzenie w kanały nielegalnego finansowania?

Peter Zeihan: Jeśli nie dojdzie do przełomu militarnego — którego na razie nie widać — to tak, najprawdopodobniej tak. Jedyna rzecz, którą chcę dodać: przez całą administrację Bidena jedno z państw wybierało jakiś system uzbrojenia, który rzekomo przekraczał czerwoną linię, przekazywało go Ukrainie i obserwowało reakcję Rosjan. Gdy Rosjanie nie uderzyli atomowo na Londyn, Paryż ani Waszyngton, pozostali szli w ślady pioniera. Zrobiliśmy to 35 razy, stopniowo przekazując coraz bardziej zaawansowany sprzęt.

Teraz Stany Zjednoczone wyczerpały wszystkie systemy uzbrojenia z magazynów. Zostało tylko to, czego faktycznie używamy. Każda dalsza eskalacja dostaw oznaczałaby szkolenie Ukraińców na systemach, które sami aktywnie stosujemy. To już nie są ATACMS-y z lat osiemdziesiątych. I nie widzę, jak kraj, któremu każdy człowiek jest potrzebny na froncie, mógłby szybko wyszkolić żołnierzy na takim sprzęcie z jakimkolwiek skutkiem.

Zatem z punktu widzenia innowacji piłka jest po stronie Ukraińców. Z finansowego — po stronie Europejczyków. A dla wszystkich nas to kwestia, jak dostarczyć kolejną partię amunicji, artylerii lub dronów na czas. Przełomu to nie obiecuje.

Europa: nowa broń zamiast starej

James Hippie: Podejście USA i Europy do przekazywania sprzętu z aktywnych arsenałów nieznacznie się różni. USA postrzegają Chiny jako główne zagrożenie i wszystko, co oddają, staje się niedostępne do konfrontacji z Pekinem. Ale dla Europejczyków głównym zagrożeniem jest Rosja. Część ekspertów — w tym były szef sztabu obronności Wielkiej Brytanii — przekonywała: można zatrzymać arsenał przy sobie, a można przekazać go Ukraińcom, i Ukraińcy osłabią to zagrożenie za was. Ryzyko jest warte podjęcia. Ale tej jedności i pilności, z jaką działała wspólnota międzynarodowa, nie ma już od dwóch lat. Czy Europejczycy mogą, powinni wrócić do gry — nie tylko finansowo, lecz rzeczywistymi transferami z własnych zapasów?

Peter Zeihan: W odróżnieniu od Stanów Zjednoczonych, które od dawna przeznaczają na obronę ponad 4% PKB, Europejczycy tego nie robili. Po prostu nie ma takich zasobów. Przekazaliśmy trzydziestoletnie zapasy wycofanego sprzętu — po kawałku. Kończą się. W Europie nigdy takich zasobów nie było. Po roku 1992 większość europejskich krajów po prostu przestała poważnie wydawać na obronę: ograniczyła stany osobowe, zaprzestała zakupów. Wszystko, co mają, jest przestarzałe o trzydzieści lat. Dopiero teraz uruchamiają linie produkcyjne.

Ale oto rzecz: te zdolności obronne, które istniały dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści lat temu — nawet gdyby je przywrócono — okazały się nieprzydatne w tym typie wojny. I najciekawsze, co obserwuję, to przełom w Niemczech. Tam w końcu uświadomiono sobie, że historia się nie skończyła, że siła militarna nie straciła znaczenia i trzeba rozbudowywać produkcję. Ale rozumieją, że czołgi Leopard czy myśliwce Eurofighter to nie ten instrument.

Dlatego Niemcy współpracują z Ukraińcami nad masową produkcją dronów. Rheinmetall — firma, która przez dekady była utrapieniem dla amerykańskich producentów samochodów — przebudowuje teraz znaczną część swoich mocy na technologie wojskowe, które pięć lat temu jeszcze nie istniały. Całkowicie realny scenariusz: wiele europejskich krajów już dziś produkuje sprzęt wojskowy znacznie lepiej dostosowany do ich potrzeb strategicznych niż cokolwiek, co kupowały od USA od czasów zimnej wojny.

Trump, Witkoff i chaos w Białym Domu

James Hippie: Porozmawiajmy o cierpliwości Trumpa. Widzieliśmy jego cichą rozmowę z Zełenskim w bazylice Świętego Piotra [na pogrzebie papieża Franciszka w kwietniu 2025 roku — przyp. red.]. Widzieliśmy czerwony dywan dla Putina na Alasce [szczyt w Anchorage, sierpień 2025 roku — przyp. red.]. Trump angażował się i wycofywał niemal co tydzień. Jest nieuchronnie kluczowym graczem. Jak długo Trump zachowa zainteresowanie?

Peter Zeihan: Powiedziałbym, że żadnej wspólnoty międzynarodowej nie ma. Są Rosjanie, Chińczycy, Europejczycy i Amerykanie — te cztery bloki decydują o wszystkim istotnym w tym konflikcie. Reszta to dekoracja, co potwierdzało się raz za razem przez cztery lata. Ciężar leży po stronie Europejczyków, być może z pewną pomocą Amerykanów. USA nadal dostarczają dane wywiadowcze i wskazanie celów — to ważne, a takiego potencjału nie da się szybko zbudować.

Co do pana konkretnego pytania: analizując to, co wychodzi z Białego Domu, trzeba uwzględnić trzy czynniki. Pierwszy: Trump jest nieprzewidywalny. Łatwo go przekonać i równie łatwo odwieść. Porozmawia z kimś na osobności i to całkowicie zmienia jego stanowisko. Czasem w ogóle z nikim nie rozmawia — po prostu zmienia zdanie. Skrajnie nieprzewidywalny.

Drugi: Steve Witkoff — człowiek, któremu Donald Trump powierzył politykę zagraniczną, a w szczególności trudne negocjacje. Steve Witkoff to ignorant, który nie wie nic o świecie i jest z tego dumny. Gdy Witkoff prowadzi negocjacje, jego rozmówcy po prostu wlewają mu do ust propagandę, on wraca do Białego Domu, wyrzuca to na stół — i staje się to polityką. Bo Trump nie zadaje sobie trudu weryfikacji. Nie ufa instytucjom polityki zagranicznej USA — tym, których jeszcze nie zdemolował.

Trzeci czynnik: kto dokładnie towarzyszy Witkoffowi. Gdy jest z nim Jared Kushner [zięć Trumpa, nieformalny doradca — przyp. red.] lub Marco Rubio [sekretarz stanu i doradca ds. bezpieczeństwa narodowego — przyp. red.] — to inna historia. W pokoju jest ktoś z głową i prezydent otrzymuje bardziej wyważony obraz. Niemal każdą impulsywną reakcję Trumpa można prześledzić do sytuacji, gdy Witkoff pozostawał sam na sam z zagranicznymi partnerami. Teraz — nie chcę zapeszać — wygląda na to, że Witkoffowi nie pozwalają jeździć samemu, i w ostatnich miesiącach widzimy znacznie więcej zdrowego rozsądku w amerykańskiej polityce na górze. Nie obiecuję, że to potrwa.

Monachium: Rubio zamiast Vancea

James Hippie: Byłem w Monachium na konferencji bezpieczeństwa w ostatni weekend. Wszyscy jechali z niepokojem. Ale Marco Rubio przyjechał zamiast wiceprezydenta, który tradycyjnie reprezentuje USA. Treściowo nic się nie zmieniło — polityka amerykańska pozostała niezmieniona. Ale Rubio wyraźnie starał się być przyjaźniejszy niż Vance rok wcześniej. Miałem wrażenie, że administracja świadomie zdecydowała się wysłać Rubio, by jeśli nie odbudować mostów, to przynajmniej wygładzić ostre krawędzie. Rubio jest mądry, lepiej zorientowany w sprawach świata. Łączy stanowiska sekretarza stanu i doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. Jak wyglądają jego relacje z Witkoffem?

Peter Zeihan: Powiedzmy wprost: Steve'a Witkoffa nie lubi ani nie szanuje nikt — poza samym prezydentem. To przyjaciel prezydenta zaproszony z zewnątrz. Trump nie ufa Departamentowi Stanu ani Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, bo w jego pierwszej kadencji próbowały mu tłumaczyć, dlaczego jego szalone pomysły nie zadziałają. Wracając po raz drugi, zwolnił wszystkich, którzy mogli mieć własne zdanie w kwestiach, które studiowali całe życie.

Wierzchołek obu instytucji został oczyszczony. Rubio zatrudniono dla efektów wizerunkowych. Przez pierwsze osiem–dziesięć miesięcy drugiej kadencji Rubio był w niełasce. Trump mianował go sekretarzem stanu, oddał mu Radę Bezpieczeństwa — a potem wyrzucił z Białego Domu. Rubio nie mógł dostać się do prezydenta na spotkanie.

Zostali ludzie tacy jak Witkoff — który jest po prostu tępy — i Vance: nazwijmy rzeczy po imieniu — biały nacjonalista. Vance ma ideologię, jedyną pryzmat, przez który postrzega świat. I Witkoff, który jest po prostu głupi. Był to jedyny kanał informacyjny do Donalda Trumpa — jeśli nie liczyć Tulsi Gabbard, która jest w istocie rosyjskim agentem wpływu. Nic dziwnego, że Biały Dom produkował szaloną politykę.

Trump wielokrotnie wychodził na głupca i był obwoływany przez wszystkich. W końcu potrzebna była interwencja pierwszej damy — Melanii Trump — by wskazać prezydentowi: znowu i znowu dajesz się wykorzystywać. Wtedy przywrócił Rubio, gdy ten zaproponował pomysł z Wenezuelą — to Trumpowi się spodobało. I nagle Rubio znowu znalazł się w pokoju po kilku miesiącach nieobecności.

Obserwujemy dziwne zderzenie kultur i wewnętrzne przepychanki na samym szczycie, przy całkowitym braku szczebla średniego, który zwykle wykonuje realną pracę. Dużo dramatyzmu w prasie i w samym Białym Domu, mało rzeczywistej pracy na poziomie średnim — ale cała machina wojskowa nadal funkcjonuje. Stąd te dzikie wahania. I jeśli jesteś w Europie, przyzwyczajony do konsensualnego podejmowania decyzji — to musi być niesamowicie dezorientujące.

Senatorowie w Monachium: nadzieja czy ostatnie tchnienie?

James Hippie: Jeszcze jedno spostrzeżenie z Monachium: rekordowa liczebność delegacji Kongresu, a zwłaszcza Senatu. Dwudziestu pięciu senatorów planowało przyjechać — nie wszyscy dotarli, ale i tak ćwierć lub piąta część Senatu przekroczyła Atlantyk na europejską konferencję bezpieczeństwa. Z wyjątkiem pary zwolenników MAGA, była to prawdziwie dwupartyjna inicjatywa — pokazania światu, że Ameryka nie zrezygnowała całkowicie z odpowiedzialności mocarstwa. Wielu przypominało o roli Senatu w polityce zagranicznej i jego uprawnieniach w sprawach wojny i pokoju. Czy jestem zbyt optymistyczny?

Peter Zeihan: Próbuje pan jednocześnie siedzieć na dwóch krzesłach i doskonale rozumiem pana pozycję. Nie chodzi o to, że się nie zgadzam — po prostu... No dobrze. Polityka zagraniczna w Ameryce to prerogatywa prezydencka. Kropka. Użycie siły militarnej w pierwszych 90 dniach — prerogatywa prezydencka. Kropka. Bez wyjątków.

Na przykład: właśnie rozbudowujemy zgrupowanie wojskowe przeciwko Iranowi. Jeśli Trump zdecyduje się nacisnąć przycisk, ma trzy miesiące na cokolwiek. Jest Ustawa o uprawnieniach wojennych, uchwalona po Wietnamie, na mocy której Kongres może interweniować i zatrzymać prezydenta po 90 dniach. Uchwalono ją, przełamując weto, 40 lat temu, a każda kolejna administracja kwestionowała jej konstytucyjność, ale ją przestrzegała — z wyjątkiem obecnej, która ją po prostu ignoruje.

Jedynym sposobem na rozwiązanie tego jest głosowanie Kongresu większością dwóch trzecich lub zwrócenie się do Sądu Najwyższego. Ale Partia Republikańska to teraz kult jednostki, kontroluje obie izby i do tego starcia nie doszło. Więc gdy senatorowie przyjeżdżają do Monachium, trzeba pamiętać: Kongres wybrał pozycję obserwatora. We wszystkim.

Poparcie MAGA wystarczy, by zablokować głosowanie dwóch trzecich. Z każdymi wyborami MAGA umacnia się w Kongresie, a tradycyjni Republikanie słabną. Są już w mniejszości we własnej partii. Demokraci z kolei są tak chaotyczni, że nie są w stanie zrobić nic poza odruchowym sprzeciwem.

To, co pan widział w Monachium, to ostatnie tchnienie republikanów starej szkoły, którzy rządzili partią od początku zimnej wojny. Naprawdę zmobilizowali się przez sprawę Grenlandii — i chwała Bogu, bo oznaczałoby to koniec całej pozycji Ameryki w świecie z dnia na dzień. Komuś udało się przekonać Trumpa, że to koszmarny pomysł. Ale kto wie, co będzie następne.

James Hippie: Przygnębiające. Wyjechałem z Monachium z dużo większą nadzieją, niż przyjechałem. Ale jeśli w istocie widziałem tylko piękny gest Białego Domu — Rubio zamiast Vancea — i ostatnie drgania pokonanego skrzydła Partii Republikańskiej tęskniącego za przeszłością... to jest przygnębiające. I u Demokratów też nie znalazłem konsensusu — poza przekonaniem, że wszystko, co robi Trump, jest szalone i haniebne. Ale gdy pytam: jaka byłaby demokratyczna polityka zagraniczna — ответu нет. Ich priorytetem jest polityka wewnętrzna i odzyskanie wyborców z pasa rdzy, a ich polityka handlowa niewiele różni się od trumpowskiej.

Peter Zeihan: Zgadza się absolutnie. Dwupartyjny konsensus, który definiował amerykańską politykę zagraniczną w epoce zimnej wojny i powstrzymywania, nie zniknął — po prostu nie został dostosowany do świata po zakończeniu zimnej wojny. Mamy siedem kolejnych wyborów, w których zwyciężał bardziej populistyczny kandydat — łącznie z przejściem od Trumpa-1 do Bidena i z powrotem do Trumpa-2. Dwie administracje Trumpa są bardzo od siebie różne.

Dopóki partie nie przeorganizują się w nowej formie — a to z czasem nastąpi — nie będzie merytorycznej debaty o polityce zagranicznej w moim kraju. A to oznacza, że ten, kto znalazł się na górze, podejmuje decyzje praktycznie bez ograniczeń. Niezależnie od tego, czy kocha się Trumpa czy nienawidzi, nie można zaprzeczyć, że jest najbardziej wpływowym prezydentem w najnowszej historii, bo po raz pierwszy od stulecia politykę zagraniczną kształtuje jeden człowiek. Doradztwa z zewnątrz niemal nie ma, a hamulców — tym bardziej.

Iran: strategiczna kapitulacja czy bombardowania

James Hippie: I zamierza wszcząć wojnę z Iranem?

Peter Zeihan: Trump jest nieprzewidywalny, kto wie. Ale wygląda na to, że w ciągu najbliższych tygodni będziemy bombardować Iran. Skala sił ściąganych do regionu jest obliczona na długotrwałą kampanię. Administracja Trumpa stawia irańskiemu rządowi żądania równoznaczne ze strategiczną kapitulacją: żadnych rakiet zdolnych dosięgnąć Izraela, żadnego wzbogacania uranu, żadnego finansowania zbrojnych ugrupowań w regionie.

To jest strategiczna polityka Iranu. Jeśli się zgodzą, świadomie skazują się na rolę prowincjonalnej satrapii. W obronie Trumpa — mówię to rzadko — jest to stanowisko USA jeszcze od czasów ajatollaha Chomejniego. Idea, że te trzy rzeczy muszą zniknąć. Z punktu widzenia Iranu — nie mogą zniknąć. Więc po prostu w końcu doszliśmy do momentu, w którym ktoś jest gotów rzucić rękawicę i doprowadzić do konfrontacji.

James Hippie: Amerykańska opinia publiczna popierała Trumpa z jego koniec z wojnami, sprowadźcie naszych chłopców do domu. A teraz Trump być może rozpoczyna najbardziej niebezpieczną ze środkowschodnichwojn Ameryki od 20–30 lat. To chyba nie może dobrze być odbierane w kraju.

Peter Zeihan: Zależy od tego, jak długo to potrwa. Przypomnijmy: w zeszłym roku wojska amerykańskie zostały przerzucone na Morze Czerwone przeciwko Huti. Okazało się, że zwalczanie ludzi żyjących jak szczury w tunelach za pomocą floty to nie najlepszy pomysł. Trump dał wojsku 30 dni. Gdy termin minął, po prostu ogłosił zwycięstwo i się wycofał. Może powtórzyć się coś podobnego.

Ale Irańczycy to nie szczury w tunelach. Mają rozwiniętą infrastrukturę. Jest tam mnóstwo celów, których zniszczenie cofnie Iran o 50 lat. Czy to rozwiąże problem? Nie. Czy wstrzyma irańską ingerencję w sprawy sąsiadów? Nie. Czy zniszczy program nuklearny? Nie. Ale zniszczenia będą kolosalne.

Przed 11 września 2001 roku amerykański prezydent mógł bezkarnie zbombardować coś na Bliskim Wschodzie — nie groził odwet. Błąd polega na tym, że im więcej chaosu się tworzy, tym więcej marginalnych ugrupowań w rodzaju Al-Kaidy może powstawać. Biją na chybił trafił i wystarczy jedno trafienie. Tak stało się 11 września. Ameryka ma tendencję do zapominania. Wygląda na to, że znowu wracamy do lat pięćdziesiątych i uruchamiamy ten cykl od nowa.

James Hippie: Iran ma wystarczające możliwości uderzenia w strategiczne interesy USA w regionie. Przez sieć pełnomocników. Nie potrafię sobie wyobrazić, że ograniczy się to do kampanii bombowej, po której Trump wróci do domu i ogłosi zwycięstwo. Irańczycy odpowiedzą. Przy tym wszystkim zgadzam się: już dawno należało coś zrobić z reżimem, który przez dziesięciolecia celowo destabilizuje region. Ale naiwne jest myślenie, że można to zrobić z lotniskowców, a Irańczycy po prostu to przełkną.

Peter Zeihan: Oczywiście nie przełkną. Przyjrzyjmy się, co mogą zrobić. Jeśli uderzą w bazy amerykańskie — tak, są, ale jest ich znacznie mniej niż wcześniej. Bazy już nie służą projekcji sił lądowych jak podczas okupacji Iraku. Są mniejsze, lepiej chronione. Mówimy o kilku trafieniach rakietowych. I za każde takie trafienie USA odpowiedzą uderzeniem w 60 celów — mniej więcej takie jest proporcja.

Drugi element — energetyka. USA są teraz największym eksporterem produktów naftowych na świecie. Eksportujemy więcej benzyny, paliwa lotniczego i oleju napędowego, niż Iran kiedykolwiek wydobywał ropy. Jeśli dojdzie do prawdziwej konfrontacji, jednym z pierwszych celów będzie wyspa Kharg — jedyny punkt irańskiego eksportu ropy naftowej. Wyspa na Zatoce Perskiej, nawet nie połączona z lądem mostem. USA mogą ją zniszczyć w pięć minut już dziś. I wtedy irańskie przychody eksportowe runęłyby o 90% w jeden dzień i nie odbudowałyby się.

Bez tych pieniędzy Iran nie będzie w stanie utrzymać swoich milicji na Bliskim Wschodzie. Nie chodzi o to, że Irańczycy stracą zdolność do ingerencji — stracą możliwość przekupywania polityków, dostarczania broni, podtrzymywania przepływów amunicji i dronów Szahed. Wszystko, co podtrzymuje irańską pozycję, wymaga pieniędzy. A kraje, które mogłyby pomóc Iranowi, to Rosja — której każda nabój potrzebna jest na Ukrainie — i Chiny, które nie zmierzą się z USA w Zatoce Perskiej, skoro nawet nie są w stanie tam wysłać okrętu.

Zostaje program nuklearny. Jest rozproszony, ufortyfikowany. Zniszczenie go z powietrza jest niemożliwe. Ale jeśli uderzyć w każdą uczelnię techniczną — a pamiętajmy, że jest to zupełnie inna administracja, z zupełnie innym stosunkiem do ludzkich istnień — można cofnąć bazę technologiczną Iranu do lat czterdziestych w ciągu kilku miesięcy.

Japoński dług i chińska bomba

James Hippie: Pisał pan o Japonii i Kanadzie. Proszę opowiedzieć o japońskim kryzysie zadłużenia i pana hipotezie, że może on stać się globalny.

Peter Zeihan: Zacznijmy od powodów, by nie panikować. Dług japoński, wraz z zobowiązaniami emerytalnymi i zadłużeniem samorządów, przekracza dziś 500% PKB. Zazwyczaj, jak podczas kryzysu strefy euro, nerwowość pojawia się już przy 90%. Japonia przekroczyła tę granicę dekady temu. Ale niemal cały ich dług jest wewnętrzny. Gdy zdecydują się to rozwiązać, po prostu machnięciem różdżki — i wszystko zniknie w ciągu jednego dnia. To kwestia polityczna, nie finansowa.

Dziwaczność polega na tym, że Japonia przez 35 lat z rzędu notuje deficyt na poziomie 7–10% PKB rocznie. I z jakiegoś powodu ludzie zaczęli uważać japońskie obligacje skarbowe za dobrą inwestycję — co jest absurdem. Teraz to się rozlewa na resztę świata, dokładnie wtedy, gdy globalne pokolenie baby boomers w krajach rozwiniętych przeszło na emeryturę. Największa klasa podatników w historii zamieniła się w klasę konsumentów podatków w każdym dużym kraju. Wszyscy podchwyciły japoński model wydatków dłużnych i to się nie zatrzyma, dopóki coś nie runie.

Wszyscy pozwalają, by japoński system stał się zapalnikiem dla własnych bomb zadłużenia. To wiąże nas globalnie w sposób zupełnie inny, niż planowaliśmy 70 lat temu. Jestem bardziej zaniepokojony niż wcześniej, bo to już nie jest izolowany przypadek. To jest w systemie każdego. USA oczywiście dokładają swoją cegiełkę: deficyt budżetowy oznacza, że zwiększamy dług o ponad bilion dolarów rocznie — i ta liczba szybko rośnie za obecnej administracji.

James Hippie: A Chiny? Chińska gospodarka wygląda równie krucho? Chiny posiadają przecież znaczną ilość długu suwerennego innych krajów.

Peter Zeihan: To prawda. Ale uzyskanie danych o Chinach jest coraz trudniejsze. Praktycznie rozstrzelali własny system statystyczny — stamtąd niemal nic nie wychodzi. A ludzie, którym dane są potrzebne, mówią: no, złych danych nie ma, więc wszystko w porządku. Na litość boską.

Wzrost zadłużenia w Chinach między rokiem 2019 a 2023 przekroczył to, co Wielka Brytania nagromadziła u szczytu II wojny światowej. Według danych z 2023 roku — ostatniego momentu, gdy dane jeszcze miały sens — dług korporacyjny wynosił około 300% PKB. W Chinach granica między długiem samorządowym, federalnym a korporacyjnym jest rozmyta — to systemy państwowe faszystowskiego typu. Formalnie nie ma długu narodowego, ale państwowe firmy są winne 300% PKB, a samorządy — prawdopodobnie od 50 do 80%.

Pod względem łącznego zadłużenia wyprzedziły już cały rozwinięty świat — z wyjątkiem Japonii. Ale Japonia, przy wszystkich swoich problemach, to gospodarka pierwszej klasy z potężną bazą przemysłową wysokiej wartości dodanej, która już nie jest silnie uzależniona od handlu zagranicznego. Z Chinami jest inaczej.

W Chinach obserwujemy jedną z najszybciej narastających bomb zadłużenia w historii — największą akumulację długu w wartościach bezwzględnych i względnych w dziejach ludzkości. A ktoś myśli: skoro danych już nie ma, to problem sam się rozwiązał. Nierealistyczne. I to przed uwzględnieniem kryzysu demograficznego, który temu systemowi odmierza lata.

Jedyna dobra strona: dług w znacznej mierze jest wewnętrzny. A ktokolwiek kupował jakikolwiek chiński dług przez ostatnie pięć lat, zasługuje na to, by stracić wszystko.

Most w Kanadzie i korupcja w Waszyngtonie

James Hippie: Robi się ponuro. Ale pisał pan o moście w Kanadzie.

Peter Zeihan: Nigdy nie wiadomo, dokąd nas to zaniesie, prawda?

Most Ambassador, zbudowany dziesięciolecia temu między Detroit a Windsor, obsługuje największą wymianę ekonomiczną w historii. Przepływa przez niego główna część handlu amerykańsko-kanadyjskiego. Wbrew temu, co myślą Amerykanie i nawet wielu Kanadyjczyków, Ontario i w mniejszym stopniu reszta Kanady jest zintegrowana z gospodarką USA ściślej niż jakiekolwiek dwa kraje na świecie. Ontario, Quebec, Manitoba, Alberta — wszystkie są silniej powiązane z USA niż ze sobą nawzajem. Handel płynie z południa na północ i z powrotem, nie ze wschodu na zachód.

Most był przestarzały, potrzebny był drugi. Zbudowano go, ma się otworzyć w tym roku [most Gordiego Howea — przyp. red.]. Stary most miał przejść w tryb rezerwowy.

Ale sekretarz handlu USA to człowiek na wskroś skorumpowany. Jednym z jego kumpli jest właściciel starego mostu, który przez 15 lat walczył przeciwko nowemu. Przekonał sekretarza handlu, ten przekonał Trumpa i Trump oświadczył: jeśli nowy most powstanie — Stany Zjednoczone muszą nim władać. Arogancki ruch. Ale Kanada nie ma wyboru.

Nie dajcie się odwrócić od mapy i historii przez iskry, dramatyzm i korupcję. Trump działa korupcyjnie? Tak, bo tak jest. Wygląda to arogancko? Tak. Czy to znaczy, że nie osiągnie swojego? Nie.

Świat zmierza ku chaosowi

James Hippie: Ostatnie pytanie: to, czego doświadczamy, jest skutkiem dziwactw Trumpa nałożonych na kruche realia globalne? Czy świat i tak stał się inny i zmierza szybko ku czemuś jeszcze bardziej niebezpiecznemu?

Peter Zeihan: Jedno i drugie. Proszę pamiętać, że mówiłem o siedmiu kolejnych wyborach, w których Ameryka, z globalnego punktu widzenia, wybierała nie tego. Mieliśmy szansę 30, 20, 10 lat temu zbudować trwalszy system dla świata po zakończeniu zimnej wojny — i tego nie zrobiliśmy.

Zawsze wiedzieliśmy, że strategiczne środowisko się rozpadnie, bo bez utrzymywania przez Amerykanów wolności mórz dla wszystkich nie ma globalnego handlu. Nie ma handlu bez konsumentów. Świat starzeje się demograficznie od 80 lat. Nie tylko nie mamy już dzieci — wiele krajów straciło je jeszcze w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Teraz w świecie rozwiniętym wyczerpuje się populacja w wieku produkcyjnym. A świat rozwijający się starzeje się znacznie szybciej niż rozwinięty — Chiny są w awangardzie, aż po perspektywę rozpadu narodowego. Oba trendy musiały nieuchronnie zejść się w oknie 2025–2035 — w którym teraz się znajdujemy.

Trump kompresuje ramy czasowe ku początkowi tego okna. Zawsze mieliśmy tu dotrzeć. Zawsze mieliśmy dotrzeć mniej więcej teraz. Ale nie oznacza to, że musieliśmy dotrzeć tak szybko. Daj komuś 10–20 lat na adaptację — poradzi sobie. Daj trzy — nie.

Pilna wiadomość: Sąd Najwyższy uchylił cła Trumpa

James Hippie: Peter, podczas naszej rozmowy nadeszła pilna wiadomość. Sąd Najwyższy właśnie uchylił globalne cła Trumpa. Sędziowie orzekli, że prezydent przekroczył uprawnienia, używając Ustawy o Międzynarodowych Nadzwyczajnych Uprawnieniach Ekonomicznych do wprowadzenia ceł. Głosowanie — 6 do 3.

Peter Zeihan: 6 do 3. Wiem, kto to tych sześcioro i kto to ci troje. [Za uchyleniem głosowali Roberts, Gorsuch, Barrett, Sotomayor, Kagan i Jackson; przeciw — Thomas, Alito i Kavanaugh — przyp. red.]

Administracja Trumpa wielokrotnie ignorowała sądy. Ale Sąd Najwyższy — to po raz pierwszy. Jeśli Republikanie starej szkoły mają się zmobilizować — to właśnie z tego powodu. Ale uważam to za mało prawdopodobne. Najpewniej Trump po prostu znajdzie nowe uzasadnienia dla jeszcze wyższych ceł. To człowiek, który podwaja stawkę, jeśli nie zostanie całkowicie zepchnięty do narożnika. A to — nie jest narożnik. Wyzwanie będzie trzeba powtórzyć od nowa, z inną ustawą i innym uzasadnieniem, dopóki Kongres nie wkroczy z głosowaniem dwóch trzecich.

James Hippie: Mówią, że rząd być może będzie musiał zwrócić miliardy zebrane w formie ceł. Ale problem w tym, że Kongres nie poprze zwrotu miliardów dolarów innym krajom.

Peter Zeihan: Miesza pan kwestie. Dał się pan nabrać na propagandę trumpowską. Te pieniądze nie trafiają do obcych państw. Wracają do firm w Stanach Zjednoczonych, które opłacały import.

James Hippie: Rozumiem. Czyli zwrot trafi do przedsiębiorstw, które płaciły cła za import. To nie jest tak politycznie toksyczne, choć można sobie wyobrazić, jak Biały Dom to przedstawi.

Peter Zeihan: Oczywiście. Tym bardziej że do wyborów śródokresowych zostało zaledwie siedem miesięcy. Każdy republikanin w Kongresie, który wystąpi przeciw administracji, na pewno otrzyma rywala w prawyborach wystawionego przez prezydenta. Więc jeśli chodzi o temperaturę amerykańskiej polityki — timing jest idealny.

James Hippie: Biorąc pod uwagę pana słowa o absolutnej władzy prezydenta w polityce zagranicznej i sprawach wojskowych, ciekawe jest oglądać Sąd Najwyższy próbujący ograniczyć jego uprawnienia. Choć uważa pan, że Biały Dom może po prostu zignorować sąd i stworzyć nowy paradygmat.

Peter Zeihan: Powiedzmy wprost. Ta administracja nie jest zainteresowana — i de facto jest przeciwna — samej koncepcji instytucji. Wszystkie pozostałe instytucje były już kwestionowane. Sąd Najwyższy to ostatnia z nich.