Historyk Niall Ferguson w programie The Free Press analizuje wspólną operację amerykańsko-izraelską przeciwko Iranowi, rozpoczętą 28 lutego 2026 roku. Jego zdaniem celem uderzeń nie jest jedynie zniszczenie infrastruktury wojskowej, lecz dekapitacja reżimu w nadziei na rewolucję od wewnątrz. Jednak najważniejsze ostrzeżenie Fergusona nie jest adresowane do Teheranu: Ameryka fizycznie nie jest w stanie prowadzić jednocześnie spraw w Europie, na Bliskim Wschodzie i w Azji. Podczas gdy świat śledzi wydarzenia w Iranie, Chiny przygotowują się do działań wobec Tajwanu, wojna na Ukrainie jest daleka od zakończenia — a zasoby i uwaga Waszyngtonu nie są nieograniczone. Ferguson nazywa to „problemem trzech ciał" — i przyznaje, że nie ma na niego rozwiązania.
Rafaela Ziewert: Zacznijmy od najważniejszego. Minęło zaledwie kilka godzin od rozpoczęcia wspólnej operacji wojskowej USA i Izraela pod kryptonimem „Operation Epic Fury". Co wiemy w tej chwili? Co wydarzyło się przez noc?
Niall Ferguson: Wiemy, że dyplomatyczne manewry ostatnich dwóch tygodni były zasłoną dymną — nie mogły doprowadzić do żadnego realnego kompromisu. Mówiłem o tym od dawna, bo było oczywiste: Irańczycy nie zamierzali ustąpić w kluczowych kwestiach stawianych przez negocjatorów prezydenta Trumpa — Steve'a Witkoffa i Jareda Kushnera, nie wspominając o sekretarzu stanu Marco Rubio, który również uczestniczył w tym procesie. Żądania były następujące: zaprzestanie wzbogacania uranu i przekazanie uranu klasy orężnej, likwidacja programu rakiet balistycznych i — na dalszym planie — zaprzestanie finansowania terrorystycznych proxy. To ostatnie miało mniejsze znaczenie, bo po 7 października 2023 roku owe proxy zostały znacznie osłabione. Irańczycy w istocie odpowiedzieli odmową. I choć omański minister spraw zagranicznych oraz inni zapewniali, że negocjacje posuwają się naprzód — był to fałszywy obraz sytuacji. Kiedy w czwartek rozmowy w Genewie dobiegły końca i Amerykanie wyjechali, nie zamierzali wracać.
Następuje to, co obserwujemy teraz. Jesteśmy w gęstej mgle wojennej, muszę więc mówić z ostrożnością kogoś, kto przygląda się wydarzeniom z zewnątrz. Wiemy jednak, że Stany Zjednoczone i Izrael uderzyły w liczne cele w Iranie — zarówno w obiekty infrastrukturalne reżimu, jak i w jego kluczowych przedstawicieli. Pierwsze doniesienia, w tym ze źródeł izraelskich, wskazują, że część prominentnych figur Islamskiej Republiki została wyeliminowana. Krążą pogłoski o likwidacji Najwyższego Przywódcy Alego Chameneiego, jednak nie zostało to potwierdzone.
Mówi nam to jednak o celu operacji „Epic Fury" i jej izraelskiego odpowiednika — „Roaring Lion": chodzi o dekapitację Islamskiej Republiki. I — jak wspomniała pani we wstępie — o nadzieję, że po tej dekapitacji nastąpi rewolucja w Iranie. Nowy reżim, ale nie narzucony przez Stany Zjednoczone i Izrael, lecz taki, który — według ich kalkulacji — Irańczycy stworzą sami, w warunkach ukształtowanych przez te uderzenia.
Uderzenia w rezydencje prywatne i obiekty wojskowe
Rafaela Ziewert: Uściślę dla słuchaczy: mówi pan, że celami były zarówno prywatne rezydencje wysokich urzędników i przywódców politycznych reżimu, jak i obiekty wojskowe. Zgadza się?
Niall Ferguson: Tak to rozumiem. Podkreślę jednak: operacja trwa, jest we wczesnej fazie, a wokół roi się od pogłosek. W istocie ważniejsze jest co innego — sposób, w jaki odpowiedział reżim irański. Przeprowadził uderzenia odwetowe na obiekty amerykańskie w kilku krajach Zatoki Perskiej. O ile rozumiem, sześć państw regionu zostało ostrzelanych irańskimi rakietami, a być może i dronami — to jeszcze do końca niejasne.
Warto tu zauważyć dwie rzeczy. Po pierwsze, wydaje się, że poważnych strat nie było — mgła wojny wciąż gęsta, ale z dostępnych danych wynika, że większość rakiet została przechwycona i zniszczona. Po drugie, Irańczycy robią wszystko, by stracić ostatnich przyjaciół. Większość państw Zatoki — Arabia Saudyjska, Kuwejt, Katar — nie chciała być stroną tego konfliktu i za wszelką cenę podkreślała swój neutralizm. Ten neutralizm właśnie legł w gruzach. I sądząc po oświadczeniu Arabii Saudyjskiej, arabskie państwa Zatoki są wściekłe, że znalazły się pod ostrzałem Teheranu. Cokolwiek przyniesie finał tej operacji, w działaniach odwetowych reżimu irańskiego wyczuwa się desperację.
Cieśnina Ormuz i ropa naftowa
Rafaela Ziewert: Co konkretnie atakują w państwach regionu? Amerykańskie bazy wojskowe? Pojawiają się obawy o uderzenia w infrastrukturę naftową. Co wiemy w tej chwili?
Niall Ferguson: Wiadomo na pewno, że celowali w amerykańską bazę marynarki wojennej w Bahrajnie. USA z pewnością to przewidywały i wątpię, by straty były tam znaczące. Nie ma jak dotąd doniesień o atakach na infrastrukturę naftową, choć byłoby dziwne, gdyby Irańczycy nie spróbowali tego zrobić.
Najbardziej dotkliwa odpowiedź — taka, która poważnie uderzyłaby w Stany Zjednoczone — to zablokowanie Cieśniny Ormuz i całkowite wstrzymanie ogromnych przepływów ropy przez nią. Wywołałoby to gwałtowny skok cen surowca po jutrzejszym otwarciu rynków. Jak dotąd nie ma jednak żadnych danych wskazujących, że podjęto taką próbę — tym bardziej że zakończyłaby się sukcesem.
Po co to Ameryce?
Rafaela Ziewert: Chcę nawiązać do pytania, które teraz zadają widzowie. Ludzie patrzą na ten konflikt z setek mil odległości, martwią się o wzrost cen ropy. Jeden z nich pisze: „Wytłumaczcie mojemu 30-letniemu synowi, który ciężko pracuje, ale nie stać go nawet na małe mieszkanie — dlaczego obalenie irańskiego rządu stawia interesy Ameryki na pierwszym miejscu? Dlaczego to leży w interesie USA?"
Niall Ferguson: Prezydent Trump w swoim wczorajszym orędziu wyjaśnił, że jest to w pewnym sensie uderzenie prewencyjne, mające zapobiec uzyskaniu przez Iran broni jądrowej. A także arsenału rakiet zdolnych dostarczyć ją nie tylko na Bliski Wschód, lecz dalej — potencjalnie na cele europejskie, jak wskazał w dzisiejszym wywiadzie były premier Izraela Naftali Bennett.
Trudno argumentować, że Irańczycy zamierzali uderzyć w terytorium Stanów Zjednoczonych. Trump i jego otoczenie podkreślają jednak: ten reżim prowadzi wojnę z Amerykanami od 1979 roku. I po półwieczu istnienia jako jeden z najgorszych reżimów na planecie prezydent Trump postanowił to zakończyć.
Myślę, że każdy 30-latek — i w ogóle młode pokolenie — powinien pamiętać: Iran był przez te pół wieku jednym z głównych światowych sponsorów terroryzmu. Amerykanie ginęli w każdej dekadzie. Irańczycy ponoszą odpowiedzialność za setki śmierci — choćby w Iraku. I to właśnie Iran był głównym sponsorem Hamasu i Palestyńskiego Islamskiego Dżihadu, gdy dokonały ataku 7 października 2023 roku.
Część odpowiedzi jest taka: ten reżim wyczerpał wszelkie szanse. Kiedy na początku stycznia zlikwidował niemal 40 tysięcy własnych obywateli, tłumiąc protesty społeczne, irańskie kierownictwo utraciło ostatnie resztki legitymizacji.
Jest jednak jeszcze jeden aspekt, którego prezydent nie akcentuje równie wyraźnie. Stany Zjednoczone wysyłają globalny sygnał. Posłały go Wenezuelczykom, teraz wysyłają Irańczykom, ale prawdziwymi adresatami są Moskwa i Pekin. Przekaz brzmi: nie zadzierajcie ze Stanami Zjednoczonymi. USA dysponują przytłaczającą przewagą wojskową, pełną dominacją w całym spektrum zdolności bojowych — i przyjdą po was, jeśli przekroczycie czerwone linie. Amerykanie powinni zdać sobie sprawę, jak bardzo tę reputację podkopały rządy Obamy i Bidena. Jej odbudowanie — reputacji supermocarstwa, z którym lepiej nie zadzierać — może w przyszłości uratować wiele amerykańskich istnień.
Kampania powietrzna bez inwazji lądowej
Rafaela Ziewert: Wielu nie rozumie, jak kampania powietrzna bez operacji lądowej może doprowadzić do zmiany reżimu. Chcę zadać to pytanie właśnie panu. Chodzi o to, że uderzenia zdestabilizują władzę i dadzą narodowi szansę jej obalenia?
Niall Ferguson: Dokładnie taka jest teoria. Prezydent wytyczył bardzo wyraźną, choć implicytną, linię podziału. W 2003 roku, w trakcie operacji „Iraqi Freedom", Stany Zjednoczone próbowały — można by rzec — narzucić wolność narodowi irackiemu: nie tylko obalając Saddama Husajna, lecz podejmując się administrowania Irakiem i bezpośredniego budowania tam demokracji. Myślę, że wszyscy zgodzą się, iż rezultat był daleki od ideału. Choć dzisiejszy Irak jest o wiele mniej niebezpieczny niż Irak Saddama Husajna, była to niezwykle kosztowna operacja — ceną były życia Amerykanów, wielu żołnierzy wróciło ciężko rannych i okaleczonych.
Teraz zadanie jest inne. Używamy potęgi powietrznej, by dać narodowi irańskiemu szansę samodzielnego wywalczenia wolności — poprzez obalenie teokratycznego reżimu rządzącego nim od 1979 roku. Czy sukces jest gwarantowany? Nie. Nikt nie może twierdzić z pewnością, że naród, który właśnie widział, jak dziesiątki tysięcy jego najodważniejszych młodych ludzi rozstrzeliwano na ulicach Teheranu i innych miast, zdecyduje się na nową próbę. Możliwa jest wojna domowa, możliwy jest totalny chaos. To ryzyko istnieje.
Powiem jednak coś, co mówi się zbyt rzadko. Argumentuje się, że zmiana reżimu przy pomocy lotnictwa nigdy się nie powiodła — że nigdy tak naprawdę tego nie próbowano. To prawda — ale dlatego, że wcześniej nie dysponowano taką precyzją uderzeń lotniczych, jaką mamy dziś. Najbardziej zdumiewające w tym, co obserwujemy teraz — i w tym, co widzieliśmy w ubiegłym roku, gdy Izrael i USA uderzyły w Iran — jest niewiarygodna precyzja, z jaką udaje się eliminować konkretne osoby kierujące tym reżimem. Coś takiego było niemożliwe, powiedzmy, w odniesieniu do Berlina w 1944 roku.
Istnieją możliwości technologiczne zastosowania siły militarnej, których wcześniej po prostu nie było — dzięki kolosalnemu postępowi w naprowadzaniu rakiet i dronów. Właśnie dlatego ta operacja ma większe szanse powodzenia, niż wielu sądzi. W pewnym momencie reżimowi po prostu zabraknie zasobów niezbędnych do utrzymania systemu represji. Trump podejmuje ryzyko — to bezsporne. Stawia na to, że zdoła obalić Islamską Republikę i doprowadzić do jej transformacji. Nie narzucamy przy tym, czym ma się stać — w przeciwieństwie do Iraku po 2003 roku, gdzie próbowaliśmy to robić i nie wyszło nam to najlepiej.
Główne ryzyko — nie Bliski Wschód
Rafaela Ziewert: Pisał pan o tym, jak konflikty wielkich mocarstw potrafią wymknąć się spod kontroli. Rozmawiamy już o możliwej próżni władzy, o bałkanizacji etnicznej wewnątrz Iranu, o totalnym chaosie. Co — pana zdaniem — stanowi największe ryzyko w najbliższych dniach i tygodniach?
Niall Ferguson: Wielu komentatorów, podobnie jak ja, w warunkach mgły wojennej niepokoi się o regionalne konsekwencje. Przykład: Joaw Gallant (były minister obrony Izraela) opublikował mocny esej, w którym dowodzi, że Turcja wykorzysta próżnię władzy powstałą po osłabieniu Iranu. Jego zdaniem Turcja nie jest już wiarygodnym sojusznikiem Zachodu ani przyjacielem Izraela. To będzie temat debat ekspertów od polityki bliskowschodniej.
Moje obawy mają jednak charakter globalny, nie regionalny. Stany Zjednoczone, jako dominująca siła militarna świata, mogą angażować się jednocześnie w ograniczoną liczbę zadań. Poza Zachodną Półkulą — na której część administracji Trumpa chce się skoncentrować — istnieją trzy kierunki rywalizujące o uwagę Ameryki.
Jest Europa, gdzie toczy się wojna na Ukrainie, o nieznanym wyniku i bez widocznego końca. Jest Bliski Wschód — o czym teraz rozmawiamy. I jest Daleki Wschód. Trzeba pamiętać, że w tej osi autorytarnych reżimów — Chiny, Rosja, Iran, nie zapominajmy o Korei Północnej — zdecydowanie najpotężniejsze są Chiny, zarówno gospodarczo, jak i technologicznie. I podczas gdy zajmujemy się najpierw Wenezuelą, potem Iranem, a równocześnie usiłujemy doprowadzić do pokoju na Ukrainie, Chiny przygotowują się do jakiegoś kroku wobec Tajwanu. To właśnie widzę jako największe niebezpieczeństwo: nasza uwaga jest po raz kolejny przykuta do Bliskiego Wschodu — jak już tyle razy w naszej pamięci — i stwarza to możliwość, może nie w tym roku, ale w następnym, by Xi Jinping podjął działania przeciwko Tajwanowi o kolosalnych konsekwencjach dla globalnej równowagi sił.
Problem trzech ciał
Rafaela Ziewert: Czy uważa pan, że możemy ugrzęznąć w tym konflikcie na tyle głęboko, że wpłynie to na kalkulacje Xi Jinpinga dotyczące inwazji na Tajwan?
Niall Ferguson: Bezsprzecznie właśnie to ryzyko nie daje spać przewodniczącemu Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, generałowi Danowi Caine'owi. Wiemy, że jednym z jego zastrzeżeń wobec przesunięcia strategicznego fokusu administracji na Zachodnią Półkulę było niedoszacowanie zagrożenia ze strony Chin. I ma rację, bo Chiny są jedynym prawdziwym rywalem, którego Stany Zjednoczone muszą się obawiać.
Chiny zbudowały już flotę, która pod względem liczby okrętów dorównuje — a być może przewyższa — flotę amerykańską. Chiny dysponują środkami zdolnymi zatopić nasze lotniskowce, zniszczyć łączność satelitarną, uderzyć choćby w bazy na Guam pociskami hipersonicznymi. Chiny stanowią nieporównywalnie większe zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych niż Iran, Rosja czy tym bardziej Wenezuela.
Stany Zjednoczone uczestniczą w globalnej grze geopolitycznej. Nazywam to „problemem trzech ciał": istnieją trzy części świata, które wciągają Amerykę w swój krąg — Europa, Bliski Wschód i Daleki Wschód. Tak jest od ponad stulecia. Granie jednocześnie na wszystkich trzech kierunkach jest niezwykle trudne. Sprostanie jednocześnie kryzysom w Europie, na Bliskim Wschodzie i na Dalekim Wschodzie jest po prostu niemożliwe. Wszyscy to rozumieją.
Przypomnę: zaledwie kilka lat temu Bill Burns, gdy kierował CIA, oświadczył, że Xi Jinping wydał chińskim siłom zbrojnym rozkaz gotowości do wojny do 2027 roku. Przypominam: to przyszły rok.
Rafaela Ziewert: Niall, ogromnie dziękuję za pomoc w zrozumieniu tego, co się dzieje — rozwijającego się konfliktu, który może przerodzić się w pełnoskalową wojnę. Pana analizę będzie można przeczytać w The Free Press już dziś. Dziękuję, że był pan z nami.
Niall Ferguson: Bardzo mi miło.
