Prezydent Wołodymyr Zełenski ogłosił rozpoczęcie amerykańsko-rosyjskich negocjacji gospodarczych dotyczących kwestii terytorium i bezpieczeństwa Ukrainy. Ukraiński wywiad dowiedział się o pakiecie umów gospodarczych między Stanami Zjednoczonymi a Rosją o wartości do 12 bilionów dolarów. Pakiet, który w Kijowie otrzymał już nazwę — „pakiet Dmitriewa".

W tej nazwie nie ma nic przypadkowego. Wyraźnie wskazuje na środowisko polityczne i gospodarcze, z którego pochodzi taki pomysł. To nie jest pakiet pokojowy. To pakiet transakcji. I handel, w którym Ukraina ponownie ryzykuje staniem się towarem.

Zełenski jasno dał do zrozumienia: Ukraina nie przyjmie żadnych porozumień naruszających jej Konstytucję, w tym jakiegokolwiek uznania Krymu za terytorium rosyjskie. To zdanie nie powinno być wiadomością. Powinno być aksjomatem. Ale we współczesnym świecie, najwyraźniej, tak już nie jest.

To, co czyni ten domniemany pakiet szczególnie niebezpiecznym, to nie tylko jego rozmiar finansowy. Niebezpieczna jest logika, która za nim stoi. Logika, w której wojna kończy się nie sprawiedliwością, ale „umową". Logika, w której agresja nie jest karana, ale monetyzowana. Logika, w której terytorium suwerennego państwa jest traktowane jako pozycja bilansowa.

To istota transakcyjnego modelu polityki Trumpa. Świat nie dzieli się na słuszne i niesłuszne, dobre i złe, ale na opłacalne i nieopłacalne. Sojusze to nie wartości, ale kontrakty. A ofiary są akceptowalne, jeśli „tworzą przestrzeń dla porozumienia".

W tej logice Ukraina nie jest krajem, który broni się przed agresją. Jest „problemem do rozwiązania". I rozwiązuje się go poprzez przekształcenie części jej suwerenności w bilet na wielką umowę z Moskwą.

W momencie wspomnienia o „wielkich umowach" Krym staje się punktem odniesienia do tego, czy mówi się o Ukrainie jako o podmiocie, czy jako o obiekcie. Uznanie Krymu za rosyjski byłoby nie tylko naruszeniem Konstytucji Ukrainy. Oznaczałoby to zniesienie całego międzynarodowego porządku stworzonego po 1945 roku.

Bo jeśli Krym można „zalegalizować" po aneksji, to żadna granica w Europie nie będzie stała. Jeśli agresja się opłaca, będzie się powtarzać. Jeśli Ukrainę zmusza się do zaakceptowania tego, co odebrano jej siłą, wysyła to sygnał wszystkim rewizjonistycznym reżimom, że przemoc jest racjonalną inwestycją. To nie jest pokój. To zaproszenie do kolejnej wojny.

Rola krajów europejskich w tej historii jest szczególnie destrukcyjna. A dokładniej — ich nieobecność. Podczas gdy za zamkniętymi drzwiami omawiane są porozumienia bezpośrednio dotyczące bezpieczeństwa europejskiego, Europa milczy. Albo wydaje starannie sformułowane oświadczenia, które nikogo do niczego nie zobowiązują.

Tak trwa to już od wielu lat.

Przez wiele lat wsparcie dla Ukrainy przedstawiane było jako kwestia bezpieczeństwa europejskiego. Dziś kluczowe decyzje są omawiane bez jej udziału i bez europejskiego wpływu politycznego. Jeśli Europa pozwala Trumpowi samodzielnie prowadzić negocjacje z Moskwą w sprawie losu Ukrainy, zgadza się na własną polityczną nieistotność. I na to, że będzie musiała ponosić konsekwencje takich porozumień.

Na obecnym etapie największe niebezpieczeństwo nie polega nawet na konkretnym „pakiecie Dmitriewa". Największe niebezpieczeństwo to normalizacja idei, że dopuszczalne jest prowadzenie negocjacji o Ukrainie bez udziału samej Ukrainy. Że dopuszczalne jest mówienie o jej terytorium jako o zmiennej. Że dopuszczalne jest zestawianie jej Konstytucji z interesami gospodarczymi innych narodów. To cynizm, który już się nie ukrywa. Oferuje się go jako „realizm". Ale realizm ignorujący agresję to nie realizm. To współudział w zbrodni.

Podczas gdy omawiane są sumy i pakiety gospodarcze, w Ukrainie codziennie liczy się zabitych, chowa cywilów, a ludzie, którzy stracili swoje domy, próbują przetrwać. To nie różnica w perspektywie, ale różnica między rzeczywistością a komfortem. Ukraina nie prosi o przywileje w tej sytuacji. Prosi o zastosowanie zasad, które Zachód powtarza od dziesięcioleci: granice nie powinny być zmieniane siłą, a agresor nie powinien być nagradzany porozumieniami. Jakakolwiek umowa kwestionująca to, niezależnie od jej atrakcyjności ekonomicznej, stanowi zdradę tych zasad.

W tym kontekście oświadczenie Zełenskiego ma wagę wykraczającą poza codzienną politykę. To przypomnienie, że Ukraina, pomimo ogromnej presji, nadal odmawia przyjęcia logiki wymiany swojego kraju i swojej przyszłości. To nie upór. To elementarna odpowiedzialność wobec narodu, który od prawie czterech lat dźwiga ciężar wojny, której nie wybrał. Ukraina nie może popierać porozumień naruszających jej Konstytucję, bo oznaczałoby to rezygnację ze sprawy, o którą walczy.

W momencie, gdy w Waszyngtonie rozważane są umowy gospodarcze z Rosją, ukraińskie miasta są codziennie ostrzeliwane, ludzie marznę bez ogrzewania, a terytorium Ukrainy jest wymieniane jako część czyjejś propozycji negocjacyjnej. Oznacza to, że wojna jest rozpatrywana nie przez pryzmat pytania o to, kto atakował, a kto się bronił. To świadoma decyzja o przekształceniu wojny w rynek, a suwerenności w obiekt wymiany. Wysyła to Moskwie sygnał, że agresja nie zamyka drzwi do negocjacji, ale je przyspiesza. Zamiast prowadzić do politycznej izolacji, agresja staje się środkiem powrotu do stołu negocjacyjnego. To zmienia dynamikę całego konfliktu: broń przestaje być przeszkodą i staje się argumentem. W takich okolicznościach każdy rosyjski pocisk zyskuje dodatkową wartość polityczną. To zwrot, którego Rosja próbowała dokonać od lat. Nie uznanie porażki, ale normalizacja przemocy.

Jeśli dzisiaj pozwoli się, by Ukraina była negocjowana jako przedmiot porozumienia między Moskwą a Waszyngtonem, to jutro nikt w Europie nie będzie miał prawa powoływać się na gwarancje bezpieczeństwa. A Rosja dojdzie do wniosku, że wojna się opłaca, jeśli prowadzi się ją wystarczająco długo i wystarczająco brutalnie.