Nazywali się Iwan, Władysław i Mirosława. Dwuletnie bliźniaki i ich roczna siostra. W nocy na 10 lutego spali w domu w Bohoduchiwie, mieście wybranym przez ich rodziców, aby uciec przed ostrzałami z innego miasta w obwodzie charkowskim. Dwadzieścia dwa kilometry od rosyjskiej granicy. Pierwsza noc w miejscu, które miało być bezpieczne. O 23:30 rosyjski dron "Герань-2" uderzył w ich dom. Budynek się zawalił, ogień objął ruiny.
Jak przekazuje "Chwyla", gdy ratownicy wydobyli ciała, znaleźli 34-letniego ojca Hrihorija i troje małych dzieci. Matka Olha, która była w 35. tygodniu ciąży, została wydobyta z oparzeniami, urazem czaszkowo-mózgowym i uszkodzeniem słuchu. Burmistrz Wołodymyr Biłyj ogłosił trzydniową żałobę.
Ale podczas gdy Iwan, Władysław i Mirosława płonęli w swoich łóżeczkach, dyplomaci kończyli przygotowania do nowej rundy negocjacji pokojowych, zaplanowanej na 17 i 18 lutego w Genewie. Mówią nam, że dyplomacja to postęp. Że negocjacje w Szwajcarii są krokiem ku pokojowi. Że Moskwa, Waszyngton i Kijów "zmniejszają dystans". Że rozejm może być osiągnięty do czerwca.
A oto co się naprawdę stało. 2 i 3 lutego Rosja wystrzelił 450 dronów i 71 rakiet w ukraińską infrastrukturę energetyczną, całkowicie ignorując "energetyczne zawieszenie broni". 7 lutego — kolejne 408 dronów i 39 rakiet. Dwunastego i trzynastego — kolejne 219 dronów i 24 rakiety balistyczne. Miliony Ukraińców zostało bez światła, szpitale były w ciemności, dzieci marznęły. Kraj stracił 70% swoich mocy wytwórczych energii elektrycznej. Nie przypadkowo, z wyraźnym zamiarem. Pośród tego rosyjskiego terroru w Bohoduchiwie rosyjski dron zniszczył kolejną rodzinę.
Nie było ofiar ubocznych. Przy tym domu nie było żadnego celu wojskowego. Rodzina dopiero przybyła, uciekła, mając nadzieję, że dwadzieścia dwa kilometry wystarczy. Ale nie wystarczyło. Zabójczy dron był zaprogramowany na ten adres, wysłany z określonym zamiarem. Ktoś w centrum dowodzenia spojrzał na mapę, wybrał dzielnicę mieszkalną, nacisnął guzik. Eksplozja nie była pomyłką. To było przesłanie.
Co robili dyplomaci tej nocy? Koordynowali spotkania z amerykańską delegacją na czele ze Stevem Witkoffem i Jaredem Kushnerem, ludźmi, których kariera związana jest z nieruchomościami i dochodowym biznesem. Strona rosyjska przygotowywała Władimira Miedińskiego, człowieka, który pisze podręczniki negujące prawo Ukrainy do istnienia, propagandystę organizującego wydarzenia na okupowanych terytoriach Ukrainy i finansującego rosyjskie jednostki wojskowe. Oto kogo Moskwa wysyła "prowadzić negocjacje"!
Ukraiński zespół próbuje wyjaśnić światu, że to nie są negocjacje. Że to szantaż. Waszyngton mówi Kijowowi, aby poszedł na ustępstwa terytorialne do czerwca, w przeciwnym razie USA wycofają się z negocjacji. Ten termin nie jest humanitarny. Jest dowolny. Trump potrzebuje czegoś, co może pokazać wyborcom w listopadzie. Życie ukraińskich dzieci dla niego to szczegół i szkoda uboczna. Przerażenie polega nie tylko na tym, że dzieci są zabijane. Przerażenie sytuacji polega na tym, że ich śmierć następuje równolegle z negocjacjami pokojowymi, jakby jedno nie wykluczało drugiego.
Jakby można było spalić małe dzieci w poniedziałek i usiąść przy stole negocjacyjnym w środę z dobrymi intencjami. Rosja nie prowadzi negocjacji. Ona zwleka, oszukuje, zabija. Każda runda negocjacji od początku wojny przebiegała według jednego schematu. Moskwa zgadza się na dialog, składa mgliste i nie do przyjęcia propozycje, a następnie wzmacnia swoje ataki. Styczniowy "rozejm energetyczny" trwał cztery dni, zanim Rosja ponownie zbombardowała elektrownie. Za mechanizmami monitorowania zawieszenia broni, które były omawiane w Abu Zabi, natychmiast nastąpiły ataki na szpitale, szkoły, domy. To nie jest niekonsekwencja. To taktyka rosyjskiego agresora. Putin nie chce pokoju. Chce kapitulacji, zapakowanej jako kompromis.
Codziennie Zachód omawia "realistyczne ramy", a Rosja kontynuuje pracę nad wymazywaniem Ukrainy — po jednym dziecku na raz. To jest właśnie tym, czym jest: zbrodnia demograficzna przeciwko ludności cywilnej! Systematyczne niszczenie przyszłości narodu poprzez zabijanie dzieci, uprowadzenia i deportacje, łamanie woli pozostających. Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakaz aresztowania Putina za uprowadzanie ukraińskich dzieci. Ale uprowadzenie to tylko jedna z metod. Zabijanie jest prostsze. On to wyraźnie pokazuje.
Iwan, Władysław i Mirosława nie są jedynymi ofiarami. 9 lutego, trzy dni przed potwierdzeniem negocjacji genewskich, 10-letni chłopiec i jego matka zginęli podczas drugiego ataku na Bohoduchiw. Tego samego dnia co dzieci, na północy obwodu donieckiego zginęła matka i jej jedenastoletnia córka. Rosyjscy przestępcy robią to każdego dnia. Niszczenie z wyraźnym planem i harmonogramem!
Gdy delegacje usiądą przy stole w Szwajcarii 17 lutego, będą omawiać strefy buforowe, monitorowanie zawieszenia broni, kwestie terytorialne, gwarancje bezpieczeństwa. Będą dyskutować, ile ukraińskiej ziemi Kijów powinien przekazać Moskwie, aby uzyskać przerwę w zabijaniu. O czym nie będą mówić?
Nie będą mówić o tym, że cele wojskowe Rosji obejmują likwidację Ukrainy jako suwerennego państwa. Nie będą mówić o tym, że Rosja już siłą zajęła Krym w 2014 roku i część Donbasu w 2022 roku, i że za każdym ukradzionym metrem następował nie pokój, ale dalsza agresja. Mowa nie będzie o tym, że Putin się nie zatrzyma, dopóki go nie zatrzymają siłą. I na pewno nie o imionach dzieci, które Rosja zabiła. Bo gdy je wymieniasz, gdy widzisz ich twarze, gdy rozumiesz, że Olha obudziła się bez męża, bez bliźniąt, bez dziecka, nie możesz udawać, że to konflikt, który można rozwiązać poprzez negocjacje pokojowe, na które Rosja się zgodzi.
Ile martwych dzieci jest warte jeden dzień negocjacji? Ile spalonych rodzin usprawiedliwia jeszcze jeden tydzień "postępu w negocjacjach"? Ile takich matek jak Olha i spalonych dzieci Zachód uważa za akceptowalną cenę za negocjacje z Rosją? Ponieważ Rosja nie prowadzi negocjacji w dobrej wierze. Prowadzi negocjacje tak samo, jak walczy: oszustwem, tchórzostwem, kłamstwem, zwłoką... popełniając najcięższe zbrodnie. Zakładając, że apetyt Zachodu na ukraińskie cierpienie jest bezgraniczny. I jak dotąd miał rację. A Zachód przez cztery lata udawał, że tak nie jest. Że można to omówić. Że można znaleźć kompromis. Że można kupić pokój częścią Ukrainy. Każda taka próba kończyła się tak samo.
Rosja brała to, co oferowano, i szła dalej. Krym w 2014 roku nie był końcem, ale początkiem. Donbas w 2022 roku nie był celem, ale punktem pośrednim. Każdy metr ukraińskiej ziemi, który okupował Putin, był postrzegany jako potwierdzenie, że może zrobić więcej. I otrzymuje to. Nie dlatego, że jest silny, ale dlatego, że Zachód jest słaby! Ale ta słabość nie polega na braku broni czy pieniędzy, nie na braku siły i potęgi. Słabość polega na niezrozumieniu, kim jest Putin i czego chce. Lub, co gorsza, na zrozumieniu tego, ale odmowie zmierzenia się z konsekwencjami raz na zawsze.
Jest jedna odpowiedź na to, co się stało w Bohoduchiwie. Nie kolejny stół dyplomatyczny w Szwajcarii. Rosję trzeba pokonać! Nie zagonić w kąt z propozycją wyjścia. Nie oddawać terytorium za przerwę w zabijaniu. Trzeba ją całkowicie rozgromić! I upokorzyć. Każdy dzień, który Zachód spędza na szukaniu rozwiązań dyplomatycznych, Rosja spędza na zabijaniu cywilów i dzieci. Każda propozycja terytorialna w imię "realizmu" staje się zaproszeniem do następnej agresji. Każde opóźnienie w dostawach broni dla Ukrainy mierzy się takimi rodzinami jak ta w Bohoduchiwie.
Jedyne, co może to zatrzymać — to uczynić Rosję niezdolną do kontynuowania. To oznacza więcej broni dla Ukrainy, a nie mniej. Sankcje paraliżujące rosyjską gospodarkę wojskową. Sankcje paraliżujące życie każdego w Rosji, bo to nie jest tylko wojna Putina. Konieczne jest zrozumienie, że Putin się nie zatrzyma, dopóki go nie zatrzymają. Dyplomaci będą przemawiać, zostaną złożone oświadczenia. I gdzieś w Ukrainie zostanie wystrzelony kolejny dron, kolejny dom się zawali, kolejna matka się obudzi i dowie się, że jej dzieci zniknęły w ogniu i gruzach. Tak wyglądają negocjacje, gdy jedna strona dąży do zniszczenia.
"Straciliśmy to, co najcenniejsze — powiedział burmistrz. — Naszą przyszłość".
